WołaWina tak się nazywa jedna z restauracji Jacka Kempy.

Jacek Kempa. właściciel restauracji WołaWina

Branża zna go doskonale. Butny, dumny, niepokorny. Reprezentował kadrę polską w konkursach kulinarnych, zakładał stowarzyszenie kucharzy. Historia jest długa. Liczba pucharów ogromna. Teraz śmiało mówi o tym, że ma pięć restauracji i o otwarciu kolejnej rozmawia. W jego restauracji wszyscy chodzą na baczność, a kelner na nasz widok trzęsącymi rękami podaje talerze. Czujesz się jak u Gordona Ramsaya. Ale czy smak ten smak?
Poprzeczka zawieszona wysoko. Traktuję WołaWinę trochę w kategorii zjawiska. Chociaż jest to restauracja w głębi osiedla, to jest to pozycjonowane jako dość prestiżowe miejsce. To tu na lunch i kolację przyjeżdża cały Wrocław. Biznes się kręci.

Restauracja Woławina, Wrocław

Przyjechaliśmy przy okazji Restaurant Week Polska. Próbujemy więc dania, których na co dzień nie ma w karcie. To jest jednak zawsze ciekawe doświadczenie. Przygotowanie dań ad hoc i ich dopracowanie, zawsze świadczy o kunszcie kucharza.

Gotuje dla nas sam Jacek Kępa. Więc ja też odrobinę się stresuję. A co jeśli mi nie zasmakuje?

W wystroju restauracji nie zmieniałabym nic. To jedna sala z ok. 80 miejscami, bez żadnych zakamarków. Schludnie, od razu wiesz, że jesteś w fajnym miejscu. Na stołach leżą porządne noże do steka. Bo właśnie z mięsa WołaWina słynie. W czerwcu sprzedali 800 kg wołowiny. Czekam więc na dobrego steka! I stek rzeczywiście jest pyszny. W punkt przygotowany.

A jak z daniami spoza karty przygotowanymi dla goście Restaurant Week?
Zacznijmy od najlepszej strony, czyli deseru: „Wow! To jest to! Na to czekaliśmy!” (5 na 5) Deser wybitny – czekolada, brownie, maliny i figi. I zauważcie, że piszę to ja, a ja wcale nie jestem fanem czekolady (jedyne lody czekoladowe, jakie lubię to te od Krasnolóda). Ale w takiej odsłonie jak w WołaWinie czekoladowe desery mogę jeść. Być może porcja ciut za duża, ale nie ma co narzekać, ponieważ łasuchy będą wielbić szefa kuchni. Kontrast smakowy budują też praliny bananowe, wytrawny mus malinowy z pieprzem, krem bawarski. No i oczy pożerają całość w mig, bo prezentacja piękna.

fot. Paweł Jakubek, Kocham Jeść

I wracając do początku. Przystawka (4/5). W rosole ogromne kawałki podgrzybków i borowików. Jesz grzyby, co jest cudowne! Ciekawostką jest odrobina makaronu z kałamarnicy. Porcja, którą my dostaliśmy, była ciut za intensywna, ale później szef kuchni zbalansował smak i podobno było już smaczne. To dobre danie dla smakoszy grzybów.

No i na sam koniec tekstu: danie główne. Tutaj: wolno pieczony comber z warchlaka/ topinambur/ sos madera/ puree z karotki. I surowa ocena 2 na 5.

Jeden z moich kolegów, który mówi zawsze prostu z mostu, powiedziałby: schabowy z małą kostką. Danie podane na pięknym talerzu, ładnie ułożone. Ale dalej już tylko schody: przytyk za gorzko-słony mus z topinamburu, który powinien być bardziej orzechowo-maślany. No i mam nadzieję, że szef kuchni nie będzie już serował szparagów poza sezonem. Mięso twarde. Parmezan, który jest a la panierka odkleja się. Generalnie widać, że ktoś chce ciąć koszty i robić z tego sztukę poprzez prezentację.

Czy wrócę? Na steka tak!

Dopisz swoją recenzję? Najciekawsze opublikujemy: kocham@kochamjesc.pl