Co zamiast burgera?

Burger podbija świat. Jest w karcie niemal każdej restauracji. Przechodząc koło Pasibusa gołym okiem widać, że Polacy kochają burgery.

Ja tak rzadko jadam te fast foody, że nawet nie odważę się komentować smaku – ani burgera ani pizzy. Zostawiam to specjalistom – np. Piotrkowi Gładczakowi z Wrocławskie Podróże Kulinarne.

Zdarza się jednak, że w pośpiechu, chcę złapać coś szybko, ale co nie jest zdrową sałatką. Ostatnio degustowałam najprostszą, i jak dla mnie, najpyszniejszą kanapkę z wołowiną.

Są tu cztery proste elementy:

  • bułka pszenna (czekam na wersję żytnią)
  • masło z czosnkiem (wyczuwalny, aromatyczny)
  • czimiczuri – kolendra, pietruszka, oliwa, limonka i seler naciowy (seler jest odstępstwem od tradycyjnej receptury, ale świetnie się tu srawdza)
  • polędwica wołowa z Nowej Zelandii grillowana w 800 st. C

Bez majonezu. Nadmiaru przypraw. Po prostu – zioła, wołowina i chrupiąca bagietka. Kosztuje 22 zł. Ile kosztuje burger? Aż muszę sprawdzić.

P.S. Właśnie sobie przypomniałam, że jedynego pysznego burgera, którego jadłam tak, że aż uszy mi się trzęsły, zjadłam na Olszewskiego 128. Niestety nie ma go już w karcie. Katarzyna Daniłowicz tłumaczyła, że był zbyt czasochłonny w przygotowaniu. Chyba wrócę do Kasi po sekretny przepis. Może się nim podzieli.