Villa Greta | Radosna sielanka

Villa Greta, fot. Budzik Studio

Wyjeżdżasz z Wrocławia – mijasz małe miejscowości, lasy, pagórki, kilka stawów i dojeżdżasz do Dobkowa. Jesteś na granicy Gór i Pogórza Kaczawskiego. Dawniej w okolicy były wulkany. Jednak po nich ani śladu. Słyszysz śpiew ptaków i czujesz spokój

Dosłownie po środku niczego jest Villa Greta. Właściciele obiektu – Ewelina i Krzysztof Rozpędowscy byli już wielokrotnie nagradzani za ich „slow” podejście do przyrody i kuchni. Restauracja działa w stylu slow, zgodnie z porami roku.

Inni walczą o gości, oni odbierają codziennie wiele telefonów z prośbą o rezerwację pokoju w pensjonacie.

Ewelina, Krzysztof, Tosia i Tymek Rozpędowcy| Villa Greta to ich dom |fot. Ola Przeździk-Buczkowska, Studio Budzik

Ewelina skończyła geografię, Krzysztof rolnictwo. Poznali się w Pakistanie. Krzysztof wspomina: – Wyjechałem z kolegą. Bez planu. Za to Ewelina była ze znajomymi z Uniwersytetu Jagiellońskiego ze świetnym przewodnikiem, teraz naszym przyjacielem, Jarkiem Poniewierą, który o Indiach wie chyba wszystko. No i dołączyliśmy się. Podróżowaliśmy wspólnie sześć tygodni, a żona zakochała się we mnie – mówi patrząc na nią z czułością.

Potem pojechali jeszcze wspólnie do Stanów Zjednoczonych, gdzie m.in. sprzątając zarobili trochę pieniędzy na tzw. lepszy start w Polsce.

W Dobkowie są od 15 lat. Villa Greta to rodzinny dom Krzysztofa.Moja babcia była Niemką, tu się urodziła. Przed wojną nazywała się Margarete Wittwer, ale wszyscy mówili na nią Greta. Zmarła w 2003 roku. Wtedy właśnie dom został pusty. Moi rodzice mieszkali w Świerzawie. Nie za bardzo było wiadomo, co z tym całym obejściem zrobić, więc stwierdziliśmy z żoną, że skoro jest dom w tak uroczym miejscu, a ja w dodatku dostałem pracę w mojej branży w Legnicy, to się przeprowadzimy.

Ewelona Rozpędowska i Nala podczas zbierania pędu świerków | fot. Michał Przeździk-Buczkowski, Studio Budzik

Ewelina przeniosła się ze studiów dziennych doktoranckich na Uniwersytecie Jagiellońskim na zaoczne. W Świerzawie dostała pracę na 1,5 etatu jako nauczyciel. Na początku Rozpędowscy przygotowali dla gości dwa pokoje. Teraz jest ich 13.

Krzysztof: – Raz udało się nam wynająć pokój na 2-3 noce. I pomyśleliśmy: „O matko, to więcej niż pensja nauczyciela!”. I tak się zaczęło.

Potem zrobili kolejne dwa pokoje. Przez przypadek powstał pokój rodzinny – po prostu nie było technicznie możliwości, by do tylnego pomieszczenia doprowadzić drzwi. Wtedy w 2007 roku nie było konkurencyjnej oferty dla rodzin z dziećmi. Od tego czasu większość pokoi, które stworzyli, mają dwa pomieszczenia.

Mam wrażenie, że dla Was większe znaczenie mają nawet nie same dania, ale to z czego są zrobione. To prawda?

“Cenimy to, z czego gotujemy. Część produktów powstaje w naszym gospodarstwie. W maju zamieniamy sałaty sklepowe na te z naszego ogrodu. Szczawiową też gotujemy z własnego szczawiu. Kompot rabarbarowy czy ciasto ze swojego rabarbaru. Wszystkie zioła – mięta, melisa, lubczyk są z naszego zielnika. Nawet banalna roszponka czy rukola, które urosły we własnym ogrodzie, mają zupełnie inny smak niż te same produkty z marketów. Naturalne smaki są coraz mniej znane w społeczeństwie.”

Karta jest krótka. Rozpędowscy rzetelnie informują, które produkty są z marketu (choć starają się, żeby było ich jak najmniej), które z ich ogrodu, a które od lokalnych producentów.

Jak i gdzie zdobywacie produkty?

To czasochłonne i musi być dobrze zaplanowane. Często muszę po nie jeździć sam. Nie ma hurtowni, który przywiezie te najlepsze, lokalne rzeczy. Jakbym miał dziś do swojej krótkiej karty zebrać wszystkie produkty od podstaw, to potrzebowałby dwóch dni i musiałby przejechać 200 km.

Możecie zdradzić od kogo i co kupujecie?

Oczywiście. Jagnięcina z Kaczorowa, sery od Sylwestra Wańczyka, ryby z Bolkowic. Wieprzowinę i wołowinę kupujemy wyłącznie w małej masarni, która przetrwała czasy transformacji, jako jedna z nielicznych w Startym Jaworze – właścicielem masarni jest Pan Waldek, który od lat ma wypracowaną sieć dostawców. Pan Waldek półtuszy z Danii, by nawet za darmo nie wziął. Wstydziłby się ją dalej sprzedać. Mamy gwarancję, że mięsa i wędliny są najwyższej jakości. Wędliny wędzone są naturalnym dymem, nie dymami w płynie, czy innymi środkami chemicznymi.

Do czego najtrudniej jest Wam przekonać Waszych gości?

Jedną z rzeczy, których współczesne społeczeństwo nie rozumie, to, że czasem czegoś brakuje. Zwyczajnie nie ma na to sezonu.

Jak jest okres na tzw. bicie wolnożyjących kaczek i kur, to mamy do nich dostęp. Sklepy przyzwyczaiły nas, że mamy wszystko na wyciagnięcie ręki. Prawda jest jednak taka, że jeśli gęś jest ekologiczna, a kura ekstensywnie hodowana to niestety są takie momenty, kiedy ich na rynku nie ma. Wspieramy się wtedy tym, co jest do kupienia i czekamy na ten lepszy produkt.

To nie jest tak, że jak skończą się nam sery od Sylwestra Wańczyka, to w ciągu dwóch dni znowu będziemy je mieć. Tylko koncerny dostarczają produkty do gastronomii. Jeśli posiłkujemy się małym producentem regionalnym, to zwyczajnie musimy swoje poczekać. Zdarza się też, że sery, które mamy w karcie, musimy zamienić na inne, bo Wańczyk nie jest w stanie ich wyprodukować w większej ilości niż w takiej, w jakiej zwierzęta mleko dają.

To, co prawdziwe, a co smaczne nie zawsze idzie w parze.

Ostatnio na spotkaniu z jednym z wrocławskich kucharzy pojawiła się taka myśl – „O to jest prawdziwa jagnięcina!”. Mówię: Słuchaj, to jest jagnięcina z Nowej Zelandii. Ona jest rzeczywiście doskonała, jak każdy filet z produkcji masowej. Mięso prawdziwe jest tak bardzo inne, że społeczeństwo zapomina jego smaku. W pierwotnej konsystencji mięsa są włókna mięśniowe, mięso jest bardziej suche, bo zwierzę rosło dłużej i jest wybiegane po prostu. Nasza jagnięcina z Kaczorowa nigdy nie będzie perfekcyjnie powtarzalna. W masowej produkcji każde zwierzę ma dokładnie taką samą paszę, żyje na takiej samej przestrzeni, dokładnie tak samo się rozwija, jest stabilizowane zarówno przez antybiotyki, jak i przez sterydy. Kucharze przyzwyczaili się i cenią to, że produkt jest stabilny i zawsze taki sam, ale jak chcecie gotować slow, to tego nie uzyskacie, bo każda kura, w każdym gospodarstwie będzie ganiać po innej górce, a gospodyni będzie ją czym innym karmiła. Tak jak ser szwajcarski – co dolina to inny smak

Dlatego jak mamy kaczkę – dwie takie same pozycje, tylko w jednej jest kaczka z marketu, druga od producenta regionalnego. To kelnerzy muszą, o tym poinformować gości i pytają, czy na pewno pan wie, że ta kaczka jest regionalna, ona będzie smakować inaczej, ona będzie bardziej twarda, chociaż tak samo robiona, ona będzie miała włókienka mięśniowe, za nią musi pan zapłacić trochę więcej, bo kilogram kosztuje nie 20 zł a 40 zł. I dopiero wtedy jesteśmy w stanie sprzedać kawałek prawdziwego mięsa dla gości. To jest skomplikowane.

No i właśnie z drobiem jest największy problem. Z reguły mamy w karcie rzeczywiście drób marketowy. Drób to taki składnik w gastronomii, którego smak został najbardziej zapomniany. Goście są przyzwyczajeni do smaku piersi, która rozpływa się w ustach. To jest współczesny mit. Pierś kurczaka nie rozpływa się w ustach! Na prawdziwej piersi, jak się złapie włókienko na dole, to można przeciągnąć je do góry. A w tej sklepowej ma ono konsystencję galarety.

Podobnie jest z mlekiem. Mleko od krowy nie jest słodkie. Wycofaliśmy się z prawdziwego mleka podczas śniadań, bo goście mówili, że ono nie ma smaku, nie jest słodkawe jak toffi. Dodatkowo w kawie pływają oczka, no i pojawia się kożuch. Robimy więc z mleka naturalnego jogurt. Wystarczy dodać trochę kultur bakterii, a jogurt już wszystkim smakuje.

Współpracujecie z mieszkańcami Waszej wsi?

Tak. Jaja, twaróg, mleko, mleko zsiadłe sprzedają nam w większości mieszkańcy Dobkowa.

Same jajka dostarcza nam w sumie chyba dziesięciu rolników. Praktycznie nie kupujemy ich w sklepie.

Czy to doceniają? Każdy pracuje na to, co sprzedaje. Mają bliżej rynek zbytu i dobrą cenę. Nie negocjujemy z rolnikami. Kupujemy w takiej cenie, jak każdy kupiłby na bazarze – czyli np. 1 zł za jajko. To na pewno generuje dodatkowe źródło dochodu kilkunastu rodzinom w okolicy. O, np. wczoraj Pani Jadzia mówi: „słuchaj te jajka to całkiem niezły dochód, my sobie cały urlop sfinansowaliśmy”. Tutaj nie ma na żadnej filozofii, to ekonomia. To my widzimy, że się rozwijają. Od tego roku rolnicy uprawiają dla nas ziemniaki, marchewkę i buraczki. Wcześniej sami to robiliśmy. Teść, który nam mocno pomagał, niestety zmarł i mamy mniej rąk do pracy. To będzie dodatkowa korzyść dla rolników, którzy kawałek pola przeznaczyli na warzywa okopowe. Nie będą sprzedawać marchewki do hurtowni za 20 gr, tylko dostaną za to wynagrodzenie adekwatne do wartości tego produktu.

Skąd u Was takie podejście?

To element ekologii głębokiej. Czyli takiej świadomości – jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie. Jak my będziemy podchodzić w taki zrównoważony i spokojny sposób do otoczenia, to ono nas też wynagrodzi za to. To nie tylko jedzenie. To też zostawienie dziur w murach, żeby ptaki miały gdzie gniazdować. Zostawialiśmy też przestrzenie dla nietoperzy. To sieć powiązań. Fajnie wstaje się o 4 rano, gdy budzi nas śpiew ptaków, a ich jest tutaj cała masa.

Poza tym dostajemy coś w zamian. Duża grupa naszych gości ceni to, że jest tutaj tak, a nie inaczej. To że nietoperze latają nad głową, że trawa rośnie. Specjalnie jest zostawiona, żeby przekwitła, żeby rośliny mogły zaistnieć – rozmnożyć się, zrzucić swoje nasiona.

Czy było łatwo?

Ewelina: Z zarabianiem nie było prosto. Komentarze z zewnątrz, jakie słyszałam: „O nauczycielka, została sprzątaczką – idzie myć toalety, podaje ludziom śniadania”. Dla mnie to żaden problem. Oni traktowali to jako coś ujmującego.

Krzysztof: Jako normalną pracę traktuje się pracę w dużym hotelu, a co innego jest sprzątać pokoje u Rozpędowskich.

Ewelina: To się zmienia. Trzeba było stoczyć batalię. Też dziewczyny, które u nas pracowały, musiały umieć się obronić przed takimi komentarzami. Dla wielu osób nie było zrozumiałe, jak można zostawić dokumenty i długopis dla zwykłej, fizycznej pracy. A to też jest praca. Wcale nie jest tak, że nie wymaga myślenia. Przeciwnie. Trzeba się dobrze zorganizować, żeby łatwo się pracowało i żeby wszyscy byli zadowoleni. A tutaj co człowiek to inne potrzeby. I jak gość przyjeżdża do takiego miejsca, to oczekuje, że będzie potraktowany indywidualnie.

Kto odwiedza Villę Greta?

Turysta niemiecki ok. 20 proc, kolejne 10 proc. to goście z całej reszty świata. No i 70 proc. to polscy turyści. Głównie rodziny z dziećmi. Tez coraz częściej przyjeżdża do nas gość typowo biznesowy, który po prostu szuka alternatyw do 4 i 5 gwiazdkowych hoteli. Czasem nawet bardziej inspirujące jest dla nich przyjechanie do nas, gdzie część rozmów warsztatowych odbywają, tak jak my teraz, na ławeczce w ogrodzie.

Ludziom w mieście bardziej brakuje bliskości natury niż nam. Dlatego cenią, że po obiedzie mogą odpocząć na hamaku albo na leżaku albo pójść na spacer lub na naszym wichrowym wzgórzu z tyłu domu usiąść na ławeczce.

Zostaliście też nieformalnym regionalnym przewodnikiem. Na waszej stronie właśnie opublikowaliście mapę atrakcji turystycznych.

Dolny Śląsk to jeden z najciekawszych regionów w Polsce. Miesiącami można zwiedzać atrakcje turystyczne i historyczne, ale nie ma jednego prostego katalogu, umieszczonego w jednym miejscu i jeszcze w kilku językach, tak żeby ludzie łatwo mogli wiedzieć, gdzie jechać, jak jechać, jakie są dane kontaktowe i jakie godziny otwarcia.

Nie mogłem już dłużej czekać na instytucje. Zrobiłem to więc sam. Na początku dla naszych gości, by nie musieć codziennie przy śniadaniu opowiadać, gdzie iść. Teraz moja strona ma 1,5 mln odsłon rocznie i rośnie. Coraz więcej atrakcji zaczyna doceniać naszą pracę. Jesteśmy np. oficjalnym partnerem Zamku Książ i można znaleźć nas na ich stronie w partnerach.

Co warto zobaczyć w regionie?

Jesteśmy w Sudetach Zachodnich. Niedaleko są Karkonosze. Do nas docierają Ci, którzy szukają większego spokoju niż w kurortach turystycznych.

Lokalne stowarzyszenie, którego Ewelina jest prezesem, promuje ten teren jako Kraina Wygasłych Wulkanów. Są tu atrakcje, których w innych miejscach w Polsce nie znajdzie się. Tylko tutaj mamy aż trzy okresy aktywności wulkanicznej, a do tego tak naprawdę możliwość prześledzenia pół miliarda lat historii ziemi.

Im dłużej tutaj mieszkam, tym bardziej i ja mam coraz więcej do zobaczenia. Jest tak mnóstwo tajemniczych miejsc. Czasem mam wrażenie, że wchodzę do dżungli amazońskiej i zaraz jakiś pigmej z jakąś pufką do strzelania wyskoczy zza drzewa. Widać, że nikt tam nie trafia, aż mi szkoda czasem publikować informacje o niektórych miejscach i rzeczywiście zachowuję je tylko dla siebie.

Dla gości, którzy nie znają Dolnego Śląska, to oczywiście można polecać atrakcje rozpoznawalne w Polsce i na świecie. Góry Kaczawskie są dobrą bazą wypadową do zobaczenia zarówno Wrocławia, jak i Książa, jak i Zamku Czocha, Zamku Bolków, Zamku Grodziec, Karkonoszy. W większości to jest maksymalnie godzina drogi w jedną stronę.

Natomiast dla turysty bardziej zaawansowanego, który już liznął te ważniejsze atrakcje, to polecałbym zobaczenie mniej znanych atrakcji. Np. wygasłe wulkany, Ostrzycę Proboszczowicką, Wilczaka, na który trochę trudno się dostać, ale jest równie malowniczy.

Nie tylko stworzyliście darmowy przewodnik po regionie, ale też zainicjowaliście współpracę z lokalnymi rzemieślnikami.

Mamy świadomość, że sami niczego byśmy tutaj nie zrobili.

Od kilku lat wspólnie z 15 podmiotami tworzymy sieciowy produkt turystyczny. Niemal 20 tematycznych warsztatów. Np. ceramiczne, hiropterologiczne, czyli związane z nietoperzami, gotowania z dzikich roślin, kilka wersji warsztatów geologicznych, budowania hoteli dla zwierząt i owadów dziko żyjących, warsztaty naturalnego barwienia tkanin, grawerowania szkła, warsztaty czerpania papieru, dla maluchów malowania pierników.

To są warsztaty otwarte. W czasie wakacji i ferii regularnie organizowane. Mamy też paszport na pieczątki dla dzieci.

Oferta jest szczególna, dlatego, że bazuje na zasobach regionu. Warto rozwijać region nie tylko społecznie, ale też gospodarczo, jednak tak, by wykorzystać jego zasoby, ale nie generować zniszczeń.

Magdalena Mańkowska
kocham@kochamjesc.pl